Naprawde podobalo mi sie w Coroico,
to miasto ma genialne polozenie i klimat. Kolo godziny 13 ruszylismy do
miejscowosci ponizej, Yalosita. Okazalo sie, ze w Yalosita nie ma praktycznie
nic, poza kilkunastoma kioskami ze slodyczami i napojami. Przez Yalosite
przejezdzaja autobusy zmierzajace z La Paz do Rurrenbaque. Wiedzielismy ze
czeka nas dluga podrzo, okolo 18 godzin. Nie wiedzielismy natomiast, ze nikt
nigdny nie wie o ktorej godzinie ten autobus przejedzie przez Yalosite.
Czekalismy wiec okolo 4 godzin, obserwujac jedna ulice, psy, dzieci grajace w
pilke i kobiety pracuje w swoich kioskach, gdzie jedynymi potencjalnymi kupcami
sa osoby czekajace na autobus...
W koncu nadjechal! Zapàkowal nas bardzo szybko i ruszylismy. Na poczatku droga chociaz nieutwardzona wygladala ok.Jednak im wyzej wjezdzalismy tym droga stawala sie wezsza i wezsza.
Na domiar zlego, przez ostatnie 2 dni padalo dosc mocno, wiec bylo slisko i widac bylo swieze osuwiska ziemi i wyrwy w drodze. Osuwiska, o ktorych mowa to praktycznie lawiny blotne schodzaca z drogi w dol przepasci az do koryta rzeki plynacej na dnie, bardzo glebokiego kanionu. Droga biegnie po malej polce skalnej i wije sie po zboczach okolicznych gor. Mijanie na zakretach, polegalo na tym, ze wyskakiwali dwaj pomocnicy kierowcy i kierowali nim, krzyczac, ze ma jeszcze duzo miejsca, kiedy kolo bylo na 20cm od przepasci. Zasada jest ta sama co na rowerach, kierowca jedzie blizej krawedzi przepasci, zeby lepiej widziec ile ma miejsca. Najgorsze bylo bujanie, autobus wyginal sie i przechylal nieraz bardzo mocno w strone przepasci. Porownujac to z gruzinska trasa do Mestii, To gruzinksa trasa to 100% bezpieczenstwa.
W koncu nadjechal! Zapàkowal nas bardzo szybko i ruszylismy. Na poczatku droga chociaz nieutwardzona wygladala ok.Jednak im wyzej wjezdzalismy tym droga stawala sie wezsza i wezsza.
Na domiar zlego, przez ostatnie 2 dni padalo dosc mocno, wiec bylo slisko i widac bylo swieze osuwiska ziemi i wyrwy w drodze. Osuwiska, o ktorych mowa to praktycznie lawiny blotne schodzaca z drogi w dol przepasci az do koryta rzeki plynacej na dnie, bardzo glebokiego kanionu. Droga biegnie po malej polce skalnej i wije sie po zboczach okolicznych gor. Mijanie na zakretach, polegalo na tym, ze wyskakiwali dwaj pomocnicy kierowcy i kierowali nim, krzyczac, ze ma jeszcze duzo miejsca, kiedy kolo bylo na 20cm od przepasci. Zasada jest ta sama co na rowerach, kierowca jedzie blizej krawedzi przepasci, zeby lepiej widziec ile ma miejsca. Najgorsze bylo bujanie, autobus wyginal sie i przechylal nieraz bardzo mocno w strone przepasci. Porownujac to z gruzinska trasa do Mestii, To gruzinksa trasa to 100% bezpieczenstwa.
Kiedy udalo
nam sie zjechac nizej i w koncu przestalam myslec o tym, jak to jest leciec w
autobusie ponad 1000m w dol, i czy bedizemy sie krecic czy nie.. To wtedy zaczelo sie bloto. Trafilismy na korek, i zakopana do polowy w
blocie betoniarke i inne samochody i ciezarowki. Nasz kierowca okzal sie
niezlomny. Wspolnymi silami wielu kierowcow udalo sie usunac z drogi czesc aut
i nasz pietrowy autobus dal rade przejechac :) Jesli ktos pomysli ze 18 godzin
w autobusie to musi byc bardzo nudne, to nic bardziej mylnego.
Po pelnej wrazen drodze smierci, dotarlismy o wschodzie slonca do Rurrenabaque. Gdyby nie to, ze bardzo mi sie chcicalo siku, to na pewno calowalabym ziemie za to ze ze moge jeszcze po neij stapac. Urocze miasteczko w tropikalnej puszczy polozone przy rozlewisku rzek. Od razu udalismy sie do agencji w kotrej wykupilismy wycieczke na Pampas, czyli lodka po rzece w takiej nizszej dzungli. Po szybkim sniadaniu w pobliskiej francuskiej piekarni, pobieglam kupic jasne spodnie, bo sie przestraszylam komarow. Ubrana zupelnie na bialo, wsiadlam do jipa, ktorym mielismy dojechac do portu. Droga trwala tylko 3h, ale to wystarczylo zeby moje ubranie nabralo bardziej lokalno blotnistej barwy. Zapakowalismy sie na lodke, wraz z innymi uczestnikami wycieczki, w sumie 9 osob + przewodnik, i ruszylismy w Pampas. Z lodnik mozna obserwowac przyrode, wiec widzielismy kajmany i aligatory wylegujace sie na brzegu, tukany latajace parami, papugi z zoltymi brzuchami, ichniejsze zurawie i nurkujace kaszki, kury i koguty dzikie z niebieskimi grzebieniami na glowie. No i to co lubie najbardziej czyli maply. Byly rozne male i duze, zolte, brazowe, pòmaranczore i czarne.Widzielismy tez rozowe delfiny rzeczne. Spalismy w domkach na palach, ktore nazywa sie lozami. Moskitiera chroni od insektow, ale wiekszosc moskitier byla dziurawa. Przy naszych domkach drzewnych, rezydowali Pepe i Pedro, czyli stary kajman i mlody aligator,ktorzy wdziecznie pozowali do zdjec.Krzyki adorujacych sie malp slychac bylo juz od 6 lub 7 rano, wiec pobudka byla gwarantowana. Generalnie noc w buszu jest bardzo glosna. Nastepnego dnia rano wyruszylismy na poszukiwanie anakondy. Niestety po okolo godzinie krazenia w wielkich kaloszach po trawiastym bagnie, znalexlismy tylko mala kobre. Bardzo ladna i mila w dotyku. Najlepsze w calej tej wycieczce byly hamaki, w ktorych moznabylo sie zdrzemnac przed i po obiedzie. Wieczorem lowilismy piranie. Mi udalo sie zlowic tylko jedna, ale Pawel zlowil chyba z 4. Chodzilo o to zeby nauczyc sie lowic jak indianie, wiec nie wedka, tylko kawalkiem zylki z haczykiem na koncu. Piranie sa bardzo sprytne i najpierw zjadaly nam cale mieso. Potem zorientowalismy sie, ze trzeba wyczuc moment kiedy gryza miesa i wtedy szybko wciagnac je na poklad lodki. W ten sposob zlapalismy duzo maych biednych piraniatek, ktore w nocy sluzyly za przynete do lowienia wiekszych ryb - takich jakby sumow.
O poranku mielismy plywac z
delfinami. Poplynelismy w jedno miejsce, pan przewodnik zrobil ze 3 kola lodka,
by odstraszyc aligatory i powiedzial, zeby skakac do wody i czekac az
przyplynal delfiny. Kilka osob wskoczyli, nic ich nie zjadlo, ani piranie ani
kajmany. Powiedzieli ze delfiny odstraszaja aligatory i kajmany i wtedy jest
bezpiecznie. Problem polegal na tym ze delfiny nie plywaly z nami, ale nieco
dalej. Woda ma kolor czerwony, ale temperatura byla idealna i bardzo milo bylo
poplywac. Kiedy zobaczylam na horyzoncie aligatora, stwierdzilam, ze az tak nie
ufam przewodnikom i wysoczylam z wody jak i pozostali uczestnicy kapieli.
Po powrocie z wycieczki, spedzilismy jeszcze jeden dzien w Rurrenabaque. To
doskonale miesjce na dobra rybe. Udalo nam sie znalexc przepiekny, czysty
hostel z widokiem na rzeke i hamakami. O 7 rano mielismy lot do La Paz.
Zaspalismy na busa na lotnisko, wiec zlapalam nam taksowki. W Rurrenabaque nie
ma normalnych taksowe, sa tylko takie motocylkowe. Panowie taksowkarze nie
mieli najmniejszego problemu, zeby wziac mnie i moj plecak, oraz Pawla i jego
plecam i pojechac po nieutwardzonej drodze pelnej dolow na lotnisko. To byla zdecydowanie najlepsza
taksowka jak w zyciu jechalam :)
Samolot jakim lecielismy to
model mieszczacy tylko 20 pasazerow. Wewnatrz jest dosc klaustrofobicznie
i nieco trzesie, ale leci sie bardzo dobrze. Najlepsze sa widoki i to ze leci
sie meidzy snieznymi wierzcholkami gor.
Kasia, nie znalazłaś anakondy tam daleko ale jak wrócisz do Świdnika i zobaczysz Stasia po jedzeniu to to będzie prawie to samo:) Dostał od nas nawet taką ksywkę - anakonda:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiamy