Następnym punktem naszej podróży po Machu Picchu miał być Kanion Colca. Dlatego tez udaliśmy się do Arequipy.
Kilka ważnych faktów odnośnie Colca prosto z Wikipedii:
"Kanion,
którego ściany wznoszą się z lewej strony na ponad 3200 m nad poziom
rzeki, zaś z prawej - na 4200 m, według niektórych źródeł jest uważany
za najgłębszy kanion na Ziemi (jest dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Kolorado).
Kanion ma długość 120 kilometrów. Różnica poziomów między jego wlotem
(3050 m n.p.m) a wylotem (950 m n.p.m.) wynosi 2100 m. Dno kanionu
przypomina krajobraz księżycowy, pokryty głazami i pozbawiony
jakiejkolwiek roślinności.
Pierwsze przepłynięcie kanionu nastąpiło kajakiem w 1981 roku. Dokonali tego Polacy: Andrzej Piętowski (kierownik wyprawy) i Piotr Chmieliński - kajakarze, Jerzy Majcherczyk
- kapitan pontonu, Stefan Danielski i Krzysztof Kraśniewski - załoga
pontonu, Jacek Bogucki - filmowiec, Zbigniew Bzdak - fotograf z
krakowskiego klubu kajakowego AGH "Bystrze" podczas wyprawy kajakowej Canoandes '79, wpisane zostało w 1984 roku do Księgi Rekordów Guinnessa. W czwartym dniu wyprawy, przy ataku na jedno z bystrzy, kajak Andrzeja
Piętowskiego uległ uszkodzeniu uniemożliwiającemu dalsze płynięcie.
Kierownik wyprawy dokończył ją na pontonie."
Jako że mieliśmy jeszcze trochę zakwasów, po Salcantay, w Arequipie postanowiliśmy się relaksować przed kolejnymi wędrówkami. Pierwszego dnia przyjechaliśmy o 4 rano, skusiliśmy się na pierwszy lepszy hostel polecony nam na dworcu - Mochileros, który szczerze polecam, bo warunki były naprawdę świetne i ceny ok.
Odwiedziliśmy klasztor Santa Clara. Jest to dość wyjątkowe miejsce, ze względu na to, że jest to zakonnice, które tam przebywały pochodziły tylko z najbardziej zamożnych rodów i każda zakonnica posiadała swoje służące bądź niewolnice w liczbie około 4-7. W związku z tym, że wydanie córki za mąż dużo kosztowało, a czasem brak było odpowiedniego kawalera, taniej i rozsądniej dla zachowania majątku rodzinnego, było oddać córkę do klasztoru. Co więcej, córka sama na siebie zarabiała, bo zakonnice wyrabiały ciasteczka i słodycze, które sprzedawane były na mieście, przez ich służące. Każda prowadziła mały biznes, który dawał im ponoć spore korzyści finansowe. Cele, w których zwykle mieszkają zakonnice to małe pokoiki, natomiast w tym klasztorze, to prawdziwe apartamenty, z wielką kuchnią, czasem z dwoma piecami do wypieków, sypialnią, izbą dla służby i patio. Wystrój wnętrz jest też dość wyjątkowy, ponieważ zakonnice, otrzymywały sporo podarków od swojej zamożnej rodziny, np. francuską porcelanę, obrazy oprawiane w złocie, piękne toaletki, inkrustowane kością słoniową sekretarzyki itp. Wnętrza są niemal pałacowe. Zastanawiający jest też fakt, że klasztor mieści się w centrum miasta, więc można swobodnie przejść po dachach do każdego apartamentu.. ;) Błogosławiona Anna od Aniołów Montegudo, która wprowadzała pierwsze reformy w tym klasztorze, m.in. kazała chodzić zakonnicom w habitach, a nie najmodniejszych sukniach hiszpańskich, była kilkakrotnie otruta, więc nie miała lekko z tamtejszymi siostrzyczkami.
W klasztorze można zakupić mydło pietruszkowe wyrabiane przez zakonnice, słodycze i ciastka, i to co najlepsze, czyli lody z mascarpone. Warto spróbować :)
Po tej wizycie udaliśmy się zobaczyć mumie Juanity. Juanita to inkaska księżniczka, złożona w ofierze w wieku 14, na szczycie wulkanu Mesti. Ofiara miała ocalić miasto przed erupcja wulkanu. Ciało Juanity zachowane jest w doskonałym stanie, łącznie ze skórą, mięśniami, włosami, ubraniem itp. bo była pod śniegiem i lodem od 1450 roku do 1995 kiedy ją znaleziono, i teraz tez jest ciągle w takim mrożonym akwarium jakby.
Po zwiedzaniu udaliśmy się na Ceviche (surowa ryba i owoce morza marynowane w soku z limonki) i ziemniaki w sosie curry.
Dodatkową atrakcją w okolicach Arequipy jest rafting. Trwało to tylko godzinę, ale zabawa przednia :) Polecam!
Tego samego dnia wieczorem koniecznie chcieliśmy pojechać do Cobanaconde skąd rozpoczyna się zejście do kanionu Colca. Okazało się, że rezerwację na busa lepiej zrobić dzień wcześniej, bo tego samego dnia, szczególnie w niedzielę można mieć duuuży problem, żeby znaleźć jakikolwiek transport. Postanowiliśmy jechać stopem. Najpierw taxi na wylotówkę. Jakieś 20km. Potem się okazało, że stopa wszyscy łapią na kilomerze 16, więc musieliśmy podjechać busikiem na właściwy kilometr. Na miejscu zauważyliśmy około 50 osób przy drodze, którzy tez chcieli jechać stopem. Każdy czeka na swoją kolej i sa nawet zapisy na listę. I po prostu każdy samochód, ciężarówka czy inny środek tansportu jaki sie zatrzyma zabiera po kolei kilka osób. Mieliśmy szczęście, bo nasze białe twarze dość mocno wyróżniały się ponad tłumem i jeden z Panów, powiedział, że są jeszcze zapisy na busika. Poszliśmy więc z nim do sklepiku po drugiej stronie drogi i zapisaliśmy się na listę wpłacając po 18 soli. Busik miał przyjechać lada moment. Po 45minutach pojechał i zaczęła się walka o miejsca. Kiedy w końcu udało nam się zająć miejsca, Pani naganiaczka odczytała listę..i kiedy nie radziła sobei przy naszych nazwiskach, podniosłam rękę i krzyknęłam: Dos gringos, aqui! Jako że gringos to określenie nie do końca pozytywne, to znaczy po prostu białasy lub coś takiego, rozbawiło to większość pasażerów :)
Koło 23 dojechaliśmy do Chivay, gdzie spędziliśmy noc w hostelu, który nie był hostelem. Następnego dnia o 6 rano pojechaliśmy do Cobanaconde, autobusem, w którym poznaliśmy parę Węgrów podróżujących od 7 lat po Ameryce.. Rozpoczęliśmy naszą trasę zejściem przez San Miguel do San Juan. Trasa jest całkiem przyjemna, biegnie cały czas w dół, czasem bardzo stromo, aż do dna kanionu i rzeki. Widzieliśmy kondora ! Od rzeki zaczyna się nowy zygzag w górę. W San Juan można zjeść dobry obiad i spokojnie maszerować już troche w górę, trochę w dół, przejście przez jeszcze jedną rzekę i tak aż do Malaty. Wioski położone na zboczach kanionu są niezwykle urokliwe. Uprawy kukurydzy i inne na tarasach układanych z kamieni, kanały nawadniające, i spektakularne widoki na niemal pionowe ściany kanionu robią wrażenie. W Malacie zaopatrzyliśmy się jeszcze w dodatkowy prowiant przed zejściem do Oazy i ruszyliśmy w dół.
Oaza na dnie kanionu, wygląda trochę jak z kosmosu, zupełnei nie pasuje do otoczenia. Tropikalna roślinność, bambusowe domki i baseny są miłą odmianą po całym dniu wspinania się w górę lub zbiegania w dół. W oazie nie ma ciepłej wody ani prądu. Za to woda w basenie była bardzo przyjemna. Po zmroku widać już tylko gwiazdy, w pokojach są świeczki, a w tle słychać świerszcze i szum wody w kanionie. Cudo<!>
Następnego dnia o 5 rano zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy się wspinać po zboczu kanionu, żeby iść przynajmniej na początku w cieniu. Po drodze chodzą muły, które dostarczają żywność inne zakupy do Oazy, i trzeba na nie uważać, bo ścieżka jest stroma i wąska, a one jak idą to nie patrzą i mogą zepchnąć w przepaść. Mieliśmy psa przewodnika, o tradycyjnym imieniu Kebab, który całą drogę nas pilnował. Na koniec Paweł kupił mu chyba z kilogram kiełbasy w nagrodę i okazało się, że ten pies tak naprawdę nazywa się Achu :)
To jest tak, że jedziemy z Buenos Aires do Limy i po drodze możemy się zgubić, więc będziemy tu pisać jakby coś się działo :)
czwartek, 4 lipca 2013
środa, 3 lipca 2013
Do Machu Picchu przez Salcantay !
Dzień pierwszy : Cusco - Mollepata - Sayllpata - Soraypampa
O 4 rano obudził nas chłopiec z recepcji mówiąc, że Pan przewodnik już na nas czeka. Pan przewodnik, który w niczym nie przypominał Pana przewodnika z dnia poprzedniego powiedział, ze za 15 minut mamy być na placu pod kościołem skąd ruszamy. Trochę zaskoczeni, że coś się dzieje wcześniej niż później zebraliśmy nasze rzeczy i część zostawiliśmy w przechowalni w hostelu. Mijając mocno zmęczonych i zataczajczych ludzi po obchodach Corpus Christi dotarliśmy na wskazane miejsce zbiórki. Czekało tam już kilka osób, wiec zaczęliśmy standardowe zapoznawanie. Okazało się, że każdy zapisał się na tą wycieczkę przez innego pośrednika, ale zapłaciliśmy mniej więcej tyle samo. Ekipa była przednia, więc Paweł bardzo się ucieszył. Co najważniejsze nie było fancuzów :)
Po jakichś 30 minutach czekania pojawił się autobus.Nasza grupa miała liczyć około 10 osób, a w autobusie było co najmniej 30, więc byliśmy trochę zdezorientowani. Na szczęście okazało się, że jest 2 przewodników. Niestety trafiliśmy do grupy, której nie widzieliśmy wcześniej i Paweł już zaczął mówić, że nigdzie z nimi nie idzie. Nasz przewodnik narodowości Quechua, Leo przedstawił siei kazał każdemu z nas uczynić to samo. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że mamy w grupie 2 Polaków z Angli, 2 Polaków z Norwegii, parę "bezrobotnych i bezdomnych" kanadyjczyków podróżujących po świecie, Angielkę, Californijczyka, Brazylijczyka, Columbijke i Peruwiańczyka z New York. Dowiedzieliśmy sie również, że od tej pory stanowimy Super Hikers Family i musimy iść razem do końca :)
Pierwszy dzień był ciężki, gorąco, komary, meszki, większość trasy wzdłuż pylistej drogi i bardzo strome skróty. W sumie około 9 godzin marszu aż do pierwszego obozu Soraypampa, na wysokości 3900m npm. Kiedy dotarliśmy na miejsce, u podnóża śnieżnych wierzchołków gór, czekał już na nas rozbity obóz, rozstawione namioty i gorąca mate de coca.
Po zdjęciu butów okazało się, że jeden z moich palców strasznie spuchł i prawie dwukrotnie zwiększył swoją objetość do tego jest purpurowy. Poszłam do Leo i poprosiłam o jakieś magiczne zioła, coby zeszła opuchlizna. Okazało się, że to wrastający paznokieć i Leo z pełnym przekonaniem zadecydował, że musimy go wyciąć. Tak wiec, po kolacji, przy świetle czołówki, z nożyczkami kolegi Belga i wodą utlenioną innego turysty wykonany został zabieg chirurgiczny wycinania paznokcia. Zakończony sukcesem! Leo - przewodnik, nauczyciel, przyjaciel, ojciec, lekarz :)
Tej nocy spałam jak zabita.
Dzień drugi: Soraypampa - Salkantay Pass - Chaullay
To był najtrudniejszy dzień, najbardziej wymagający kondycyjnie. Wyszliśmy o poranku, koło 5 rano w kierunku przełęczy Salkantay. Około 12 osiągnęliśmy najwyższy punkt naszej wyprawy 4600m npm. Widoki były oszałamiające, pogoda przepiękna, oślepiający śnieżny Salkantay (6271m npm) i po drugiej stronie Humantay (5917m) po prostu bajka. Obie góry uznawane są za święte i nikt z miejcowych się na nie nie wspina. Wszystkie zagraniczne ekspedycje zakończyły się klęską i zginęło tam wielu wspinaczy. Salkantay w języku Quechua, oznacza "niezdobyty". Od tego momentu zaczęliśmy schodzić w dół, po dużych kamieniach, małych kamieniach, po błocie. Niesamowite w tej trasie jest to, że z wysokich gór, schodzi się w ciągu kilku godzin do tropikalnej dżungli, gdzie nagle jest gorąco, zielono i wilgotno i dużo wodospadów. Obóz drugi w małej wiosce o nazwie Chaullay miał nawet prysznic. Relaks po dniu drugim był bardzo przyjemny, piwo, kolacja, chłopaki grali nawet w piłkę.. W końcu nie ma to jak pokopać piłkę po 10 godzinach marszu :)
Dzień 3: Chaullay - Collpapampa - La Playa
Ten dzień był niezwykle przyjemny, trasa po zboczach gór, jednak nie tak stroma jak dnia poprzedniego, wśród tropikalnej roślinności, upraw kawy, koki, bananów. Leo opowiedział mi miliard historii o swojej rodzinie i zwyczajach Quechua. Ciekawe jest, że Leo zna osoby żyjące w górach, które mają po 120 -130 lat i ciągle są silne. Mówi, ze to dlatego, że nie jedzą mleka ani żadnych przetworzonych produktów i leczą się jak indianie naturalnymi sposobami i co najważniejsze żyją w zgodzie z naturą, bez pośpiechu. Leo wspominał tez o bogactwie językowym w Peru, gdzie przez konkwistą funkcjonowało kilkaset języków, a obecnie znanych jest kilkadziesiąt. W szkołach uczy się Quechua, Aymara i Guarani. Są to języki mówione, więc teraz starają się zapisywać, żeby przetrwały dłużej. Leo podkreślał, że kolonialiści przywieźli pismo i konie, ale to co najlepsze w Peru wywodzi się z czasów preinkaskich i to jest prawdziwe bogactwo tego kraju.
Ten dzień zakończył się bardzo przyjemnie kąpielą w gorących źródłach Santa Teresa. Są to dwa bardzo duże baseny, położone między skałami, gdzie woda jest naprawdę gorąca. Bardzo przyjemnie. Po tej bardzo przyjemnej kąpieli, rozpaliliśmy ognisko, DJ włączył dyskotekowe światełko i latynoską muzyczkę. Wszyscy zaczęli tańczyć w tumanach kurzu i cała kąpiel poszła na marne :P
Dzień 4: La Playa - Llactapata / Zip lining/ Hidroelectric - Aguas Calientes
Poprzedniego dnia co niektórzy zostali zachęceni do skorzystania o poranku ze zjadów linowych, najdłuższego w Ameryce Południowej.Ze względu na liczne pęcherze na stopach, zdecydowałam, że tego dnia chętnie polatam, podczas gdy Paweł dzielnie kontynuował trekking. Paweł wstał o 5 rano i wraz ze swoimi niemieckimi kolegami i parą ForeverYoung kanadyjczyków ruszyli na Llctapata. Na szczycie wzniesienia są inkaskie ruiny, z tego punktu można tez podziwiać Machu Picchu. Niemniej jednak poza widokami, jest to przede wszystkim bardzo cięzka wspinaczka, gdzie najpierw 1000m w góręm następnie w dół po bardzo stronej ścieżce biegnącej dzikim zygzakiem. Do tego jest bardo gorąco, dużo słońca i tropików. Paweł dodatkowo był troche zmęczony po wieczornej integracji, więc był bardzo dzielny :)
Ja w tym czasie bawiłam się na zjazdach linowych. Polecam :D http://www.colcaziplining.com/videos-en.php
Obie grupy spotkały się na obiedzie w Hidroelectrica skąd ruszyliśmy wzdłuż torów do Aguas Calientes. Trasa przy torach jest nieco nudna, ale generalnie nie ma na co narzekać. W Aguas Calientes spaliśmy już nie w namiotach a w hotelu, do tego z łazienką. Wieczorem zjedliśmy elegancką kolację i szykowaliśmy się na dzień ostatni, czyli Machu Picchu.
Dzień 5 : Aguas Calientes - Machu Picchu - Cusco
Wstaliśmy o 4 rano, o 4:15 byliśmy na zbiórce. O 5 rano byliśmy już przy bramie wejściowej na szlak do miasta inków. Od 5 do 6 rano, po ciemku wchodziliśmy po inkaskich schodach. Masakryczny pomysł mieli ci Inkowie z tymi schodami. Po godzinie weszliśmy pod bramę wejściową numer 2. To jest punkt, w którym należy zmienić mokrą koszulkę na suchą i zjeść śniadanie. O 6 rozpoczęliśmy razem z naszym przewodnikiem zwiedzanie, poopowiadali nam trochę o tym, ze nikt nie wie dlaczego Inkowie opuscili to miasto i kiedy dokładnie. Jedyne co wiadomo, to że było to bardzo ważne miejsce, kompleks pałacowy dla elity. Pierwsze spojrzenie na ruiny nie zrobiło na mnie wrazenia. Jednak jak słońce zaczęło już wschodzić i przebijać się przez otaczające góry, z minuty na minutę miasto Inków zaczęło mnie zachwycać. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie most Inków, ukryty po drugiej stronie wzgórza, i sam widok na ruiny miasta z góry Machu Picchu, która wznosi się na 1000m ponad ruinami. Wydawać by się mogło niemożliwe, a jednak. Po 4 dniach chodzenia po górach, z maksymalnie po obcieranymi i odciskanymi stopami, poszliśmy jeszcze te 1000 m po schodkach inkaskich w górę, z 2430m na 3500m npm. i dzięki temu mogliśmy podziwiać niesamowitą panoramę. Na górze nie było już tak gorąco, i spotkaliśmy naszych kolegów z grupy, wiec siedzieliśmy tam jakiś czas razem delektując się tym momentem.
Zrobiliśmy jeszcze ostatnie zdjęcie z serii sexi lama i baby condor, i tym sposobem zakończyliśmy naszą przygodę z Salkantay trek i Super Hiker Family. To było bardzo dobrych 5 dni z naszego życia :)
O 4 rano obudził nas chłopiec z recepcji mówiąc, że Pan przewodnik już na nas czeka. Pan przewodnik, który w niczym nie przypominał Pana przewodnika z dnia poprzedniego powiedział, ze za 15 minut mamy być na placu pod kościołem skąd ruszamy. Trochę zaskoczeni, że coś się dzieje wcześniej niż później zebraliśmy nasze rzeczy i część zostawiliśmy w przechowalni w hostelu. Mijając mocno zmęczonych i zataczajczych ludzi po obchodach Corpus Christi dotarliśmy na wskazane miejsce zbiórki. Czekało tam już kilka osób, wiec zaczęliśmy standardowe zapoznawanie. Okazało się, że każdy zapisał się na tą wycieczkę przez innego pośrednika, ale zapłaciliśmy mniej więcej tyle samo. Ekipa była przednia, więc Paweł bardzo się ucieszył. Co najważniejsze nie było fancuzów :)
Po jakichś 30 minutach czekania pojawił się autobus.Nasza grupa miała liczyć około 10 osób, a w autobusie było co najmniej 30, więc byliśmy trochę zdezorientowani. Na szczęście okazało się, że jest 2 przewodników. Niestety trafiliśmy do grupy, której nie widzieliśmy wcześniej i Paweł już zaczął mówić, że nigdzie z nimi nie idzie. Nasz przewodnik narodowości Quechua, Leo przedstawił siei kazał każdemu z nas uczynić to samo. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że mamy w grupie 2 Polaków z Angli, 2 Polaków z Norwegii, parę "bezrobotnych i bezdomnych" kanadyjczyków podróżujących po świecie, Angielkę, Californijczyka, Brazylijczyka, Columbijke i Peruwiańczyka z New York. Dowiedzieliśmy sie również, że od tej pory stanowimy Super Hikers Family i musimy iść razem do końca :)
Pierwszy dzień był ciężki, gorąco, komary, meszki, większość trasy wzdłuż pylistej drogi i bardzo strome skróty. W sumie około 9 godzin marszu aż do pierwszego obozu Soraypampa, na wysokości 3900m npm. Kiedy dotarliśmy na miejsce, u podnóża śnieżnych wierzchołków gór, czekał już na nas rozbity obóz, rozstawione namioty i gorąca mate de coca.
Po zdjęciu butów okazało się, że jeden z moich palców strasznie spuchł i prawie dwukrotnie zwiększył swoją objetość do tego jest purpurowy. Poszłam do Leo i poprosiłam o jakieś magiczne zioła, coby zeszła opuchlizna. Okazało się, że to wrastający paznokieć i Leo z pełnym przekonaniem zadecydował, że musimy go wyciąć. Tak wiec, po kolacji, przy świetle czołówki, z nożyczkami kolegi Belga i wodą utlenioną innego turysty wykonany został zabieg chirurgiczny wycinania paznokcia. Zakończony sukcesem! Leo - przewodnik, nauczyciel, przyjaciel, ojciec, lekarz :)
Tej nocy spałam jak zabita.
Dzień drugi: Soraypampa - Salkantay Pass - Chaullay
To był najtrudniejszy dzień, najbardziej wymagający kondycyjnie. Wyszliśmy o poranku, koło 5 rano w kierunku przełęczy Salkantay. Około 12 osiągnęliśmy najwyższy punkt naszej wyprawy 4600m npm. Widoki były oszałamiające, pogoda przepiękna, oślepiający śnieżny Salkantay (6271m npm) i po drugiej stronie Humantay (5917m) po prostu bajka. Obie góry uznawane są za święte i nikt z miejcowych się na nie nie wspina. Wszystkie zagraniczne ekspedycje zakończyły się klęską i zginęło tam wielu wspinaczy. Salkantay w języku Quechua, oznacza "niezdobyty". Od tego momentu zaczęliśmy schodzić w dół, po dużych kamieniach, małych kamieniach, po błocie. Niesamowite w tej trasie jest to, że z wysokich gór, schodzi się w ciągu kilku godzin do tropikalnej dżungli, gdzie nagle jest gorąco, zielono i wilgotno i dużo wodospadów. Obóz drugi w małej wiosce o nazwie Chaullay miał nawet prysznic. Relaks po dniu drugim był bardzo przyjemny, piwo, kolacja, chłopaki grali nawet w piłkę.. W końcu nie ma to jak pokopać piłkę po 10 godzinach marszu :)
Dzień 3: Chaullay - Collpapampa - La Playa
Ten dzień był niezwykle przyjemny, trasa po zboczach gór, jednak nie tak stroma jak dnia poprzedniego, wśród tropikalnej roślinności, upraw kawy, koki, bananów. Leo opowiedział mi miliard historii o swojej rodzinie i zwyczajach Quechua. Ciekawe jest, że Leo zna osoby żyjące w górach, które mają po 120 -130 lat i ciągle są silne. Mówi, ze to dlatego, że nie jedzą mleka ani żadnych przetworzonych produktów i leczą się jak indianie naturalnymi sposobami i co najważniejsze żyją w zgodzie z naturą, bez pośpiechu. Leo wspominał tez o bogactwie językowym w Peru, gdzie przez konkwistą funkcjonowało kilkaset języków, a obecnie znanych jest kilkadziesiąt. W szkołach uczy się Quechua, Aymara i Guarani. Są to języki mówione, więc teraz starają się zapisywać, żeby przetrwały dłużej. Leo podkreślał, że kolonialiści przywieźli pismo i konie, ale to co najlepsze w Peru wywodzi się z czasów preinkaskich i to jest prawdziwe bogactwo tego kraju.
Ten dzień zakończył się bardzo przyjemnie kąpielą w gorących źródłach Santa Teresa. Są to dwa bardzo duże baseny, położone między skałami, gdzie woda jest naprawdę gorąca. Bardzo przyjemnie. Po tej bardzo przyjemnej kąpieli, rozpaliliśmy ognisko, DJ włączył dyskotekowe światełko i latynoską muzyczkę. Wszyscy zaczęli tańczyć w tumanach kurzu i cała kąpiel poszła na marne :P
Dzień 4: La Playa - Llactapata / Zip lining/ Hidroelectric - Aguas Calientes
Poprzedniego dnia co niektórzy zostali zachęceni do skorzystania o poranku ze zjadów linowych, najdłuższego w Ameryce Południowej.Ze względu na liczne pęcherze na stopach, zdecydowałam, że tego dnia chętnie polatam, podczas gdy Paweł dzielnie kontynuował trekking. Paweł wstał o 5 rano i wraz ze swoimi niemieckimi kolegami i parą ForeverYoung kanadyjczyków ruszyli na Llctapata. Na szczycie wzniesienia są inkaskie ruiny, z tego punktu można tez podziwiać Machu Picchu. Niemniej jednak poza widokami, jest to przede wszystkim bardzo cięzka wspinaczka, gdzie najpierw 1000m w góręm następnie w dół po bardzo stronej ścieżce biegnącej dzikim zygzakiem. Do tego jest bardo gorąco, dużo słońca i tropików. Paweł dodatkowo był troche zmęczony po wieczornej integracji, więc był bardzo dzielny :)
Ja w tym czasie bawiłam się na zjazdach linowych. Polecam :D http://www.colcaziplining.com/videos-en.php
Obie grupy spotkały się na obiedzie w Hidroelectrica skąd ruszyliśmy wzdłuż torów do Aguas Calientes. Trasa przy torach jest nieco nudna, ale generalnie nie ma na co narzekać. W Aguas Calientes spaliśmy już nie w namiotach a w hotelu, do tego z łazienką. Wieczorem zjedliśmy elegancką kolację i szykowaliśmy się na dzień ostatni, czyli Machu Picchu.
Dzień 5 : Aguas Calientes - Machu Picchu - Cusco
Wstaliśmy o 4 rano, o 4:15 byliśmy na zbiórce. O 5 rano byliśmy już przy bramie wejściowej na szlak do miasta inków. Od 5 do 6 rano, po ciemku wchodziliśmy po inkaskich schodach. Masakryczny pomysł mieli ci Inkowie z tymi schodami. Po godzinie weszliśmy pod bramę wejściową numer 2. To jest punkt, w którym należy zmienić mokrą koszulkę na suchą i zjeść śniadanie. O 6 rozpoczęliśmy razem z naszym przewodnikiem zwiedzanie, poopowiadali nam trochę o tym, ze nikt nie wie dlaczego Inkowie opuscili to miasto i kiedy dokładnie. Jedyne co wiadomo, to że było to bardzo ważne miejsce, kompleks pałacowy dla elity. Pierwsze spojrzenie na ruiny nie zrobiło na mnie wrazenia. Jednak jak słońce zaczęło już wschodzić i przebijać się przez otaczające góry, z minuty na minutę miasto Inków zaczęło mnie zachwycać. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie most Inków, ukryty po drugiej stronie wzgórza, i sam widok na ruiny miasta z góry Machu Picchu, która wznosi się na 1000m ponad ruinami. Wydawać by się mogło niemożliwe, a jednak. Po 4 dniach chodzenia po górach, z maksymalnie po obcieranymi i odciskanymi stopami, poszliśmy jeszcze te 1000 m po schodkach inkaskich w górę, z 2430m na 3500m npm. i dzięki temu mogliśmy podziwiać niesamowitą panoramę. Na górze nie było już tak gorąco, i spotkaliśmy naszych kolegów z grupy, wiec siedzieliśmy tam jakiś czas razem delektując się tym momentem.
Zrobiliśmy jeszcze ostatnie zdjęcie z serii sexi lama i baby condor, i tym sposobem zakończyliśmy naszą przygodę z Salkantay trek i Super Hiker Family. To było bardzo dobrych 5 dni z naszego życia :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)