Następnym punktem naszej podróży po Machu Picchu miał być Kanion Colca. Dlatego tez udaliśmy się do Arequipy.
Kilka ważnych faktów odnośnie Colca prosto z Wikipedii:
"Kanion,
którego ściany wznoszą się z lewej strony na ponad 3200 m nad poziom
rzeki, zaś z prawej - na 4200 m, według niektórych źródeł jest uważany
za najgłębszy kanion na Ziemi (jest dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Kolorado).
Kanion ma długość 120 kilometrów. Różnica poziomów między jego wlotem
(3050 m n.p.m) a wylotem (950 m n.p.m.) wynosi 2100 m. Dno kanionu
przypomina krajobraz księżycowy, pokryty głazami i pozbawiony
jakiejkolwiek roślinności.
Pierwsze przepłynięcie kanionu nastąpiło kajakiem w 1981 roku. Dokonali tego Polacy: Andrzej Piętowski (kierownik wyprawy) i Piotr Chmieliński - kajakarze, Jerzy Majcherczyk
- kapitan pontonu, Stefan Danielski i Krzysztof Kraśniewski - załoga
pontonu, Jacek Bogucki - filmowiec, Zbigniew Bzdak - fotograf z
krakowskiego klubu kajakowego AGH "Bystrze" podczas wyprawy kajakowej Canoandes '79, wpisane zostało w 1984 roku do Księgi Rekordów Guinnessa. W czwartym dniu wyprawy, przy ataku na jedno z bystrzy, kajak Andrzeja
Piętowskiego uległ uszkodzeniu uniemożliwiającemu dalsze płynięcie.
Kierownik wyprawy dokończył ją na pontonie."
Jako że mieliśmy jeszcze trochę zakwasów, po Salcantay, w Arequipie postanowiliśmy się relaksować przed kolejnymi wędrówkami. Pierwszego dnia przyjechaliśmy o 4 rano, skusiliśmy się na pierwszy lepszy hostel polecony nam na dworcu - Mochileros, który szczerze polecam, bo warunki były naprawdę świetne i ceny ok.
Odwiedziliśmy klasztor Santa Clara. Jest to dość wyjątkowe miejsce, ze względu na to, że jest to zakonnice, które tam przebywały pochodziły tylko z najbardziej zamożnych rodów i każda zakonnica posiadała swoje służące bądź niewolnice w liczbie około 4-7. W związku z tym, że wydanie córki za mąż dużo kosztowało, a czasem brak było odpowiedniego kawalera, taniej i rozsądniej dla zachowania majątku rodzinnego, było oddać córkę do klasztoru. Co więcej, córka sama na siebie zarabiała, bo zakonnice wyrabiały ciasteczka i słodycze, które sprzedawane były na mieście, przez ich służące. Każda prowadziła mały biznes, który dawał im ponoć spore korzyści finansowe. Cele, w których zwykle mieszkają zakonnice to małe pokoiki, natomiast w tym klasztorze, to prawdziwe apartamenty, z wielką kuchnią, czasem z dwoma piecami do wypieków, sypialnią, izbą dla służby i patio. Wystrój wnętrz jest też dość wyjątkowy, ponieważ zakonnice, otrzymywały sporo podarków od swojej zamożnej rodziny, np. francuską porcelanę, obrazy oprawiane w złocie, piękne toaletki, inkrustowane kością słoniową sekretarzyki itp. Wnętrza są niemal pałacowe. Zastanawiający jest też fakt, że klasztor mieści się w centrum miasta, więc można swobodnie przejść po dachach do każdego apartamentu.. ;) Błogosławiona Anna od Aniołów Montegudo, która wprowadzała pierwsze reformy w tym klasztorze, m.in. kazała chodzić zakonnicom w habitach, a nie najmodniejszych sukniach hiszpańskich, była kilkakrotnie otruta, więc nie miała lekko z tamtejszymi siostrzyczkami.
W klasztorze można zakupić mydło pietruszkowe wyrabiane przez zakonnice, słodycze i ciastka, i to co najlepsze, czyli lody z mascarpone. Warto spróbować :)
Po tej wizycie udaliśmy się zobaczyć mumie Juanity. Juanita to inkaska księżniczka, złożona w ofierze w wieku 14, na szczycie wulkanu Mesti. Ofiara miała ocalić miasto przed erupcja wulkanu. Ciało Juanity zachowane jest w doskonałym stanie, łącznie ze skórą, mięśniami, włosami, ubraniem itp. bo była pod śniegiem i lodem od 1450 roku do 1995 kiedy ją znaleziono, i teraz tez jest ciągle w takim mrożonym akwarium jakby.
Po zwiedzaniu udaliśmy się na Ceviche (surowa ryba i owoce morza marynowane w soku z limonki) i ziemniaki w sosie curry.
Dodatkową atrakcją w okolicach Arequipy jest rafting. Trwało to tylko godzinę, ale zabawa przednia :) Polecam!
Tego samego dnia wieczorem koniecznie chcieliśmy pojechać do Cobanaconde skąd rozpoczyna się zejście do kanionu Colca. Okazało się, że rezerwację na busa lepiej zrobić dzień wcześniej, bo tego samego dnia, szczególnie w niedzielę można mieć duuuży problem, żeby znaleźć jakikolwiek transport. Postanowiliśmy jechać stopem. Najpierw taxi na wylotówkę. Jakieś 20km. Potem się okazało, że stopa wszyscy łapią na kilomerze 16, więc musieliśmy podjechać busikiem na właściwy kilometr. Na miejscu zauważyliśmy około 50 osób przy drodze, którzy tez chcieli jechać stopem. Każdy czeka na swoją kolej i sa nawet zapisy na listę. I po prostu każdy samochód, ciężarówka czy inny środek tansportu jaki sie zatrzyma zabiera po kolei kilka osób. Mieliśmy szczęście, bo nasze białe twarze dość mocno wyróżniały się ponad tłumem i jeden z Panów, powiedział, że są jeszcze zapisy na busika. Poszliśmy więc z nim do sklepiku po drugiej stronie drogi i zapisaliśmy się na listę wpłacając po 18 soli. Busik miał przyjechać lada moment. Po 45minutach pojechał i zaczęła się walka o miejsca. Kiedy w końcu udało nam się zająć miejsca, Pani naganiaczka odczytała listę..i kiedy nie radziła sobei przy naszych nazwiskach, podniosłam rękę i krzyknęłam: Dos gringos, aqui! Jako że gringos to określenie nie do końca pozytywne, to znaczy po prostu białasy lub coś takiego, rozbawiło to większość pasażerów :)
Koło 23 dojechaliśmy do Chivay, gdzie spędziliśmy noc w hostelu, który nie był hostelem. Następnego dnia o 6 rano pojechaliśmy do Cobanaconde, autobusem, w którym poznaliśmy parę Węgrów podróżujących od 7 lat po Ameryce.. Rozpoczęliśmy naszą trasę zejściem przez San Miguel do San Juan. Trasa jest całkiem przyjemna, biegnie cały czas w dół, czasem bardzo stromo, aż do dna kanionu i rzeki. Widzieliśmy kondora ! Od rzeki zaczyna się nowy zygzag w górę. W San Juan można zjeść dobry obiad i spokojnie maszerować już troche w górę, trochę w dół, przejście przez jeszcze jedną rzekę i tak aż do Malaty. Wioski położone na zboczach kanionu są niezwykle urokliwe. Uprawy kukurydzy i inne na tarasach układanych z kamieni, kanały nawadniające, i spektakularne widoki na niemal pionowe ściany kanionu robią wrażenie. W Malacie zaopatrzyliśmy się jeszcze w dodatkowy prowiant przed zejściem do Oazy i ruszyliśmy w dół.
Oaza na dnie kanionu, wygląda trochę jak z kosmosu, zupełnei nie pasuje do otoczenia. Tropikalna roślinność, bambusowe domki i baseny są miłą odmianą po całym dniu wspinania się w górę lub zbiegania w dół. W oazie nie ma ciepłej wody ani prądu. Za to woda w basenie była bardzo przyjemna. Po zmroku widać już tylko gwiazdy, w pokojach są świeczki, a w tle słychać świerszcze i szum wody w kanionie. Cudo<!>
Następnego dnia o 5 rano zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy się wspinać po zboczu kanionu, żeby iść przynajmniej na początku w cieniu. Po drodze chodzą muły, które dostarczają żywność inne zakupy do Oazy, i trzeba na nie uważać, bo ścieżka jest stroma i wąska, a one jak idą to nie patrzą i mogą zepchnąć w przepaść. Mieliśmy psa przewodnika, o tradycyjnym imieniu Kebab, który całą drogę nas pilnował. Na koniec Paweł kupił mu chyba z kilogram kiełbasy w nagrodę i okazało się, że ten pies tak naprawdę nazywa się Achu :)
Jak dostał kiełbasę to się nam sam przedstawił :) ... a tak serio okazało się, że jest znanym w okolicy Kebabem i miejscowa Pani ze sklepiku uświadomiła nas, że to Achu.
OdpowiedzUsuń