sobota, 15 czerwca 2013

Droga Śmierci na Endomondo :)

piątek, 7 czerwca 2013

W Cuzco obiad z "Pana Premiera".

Tradycja jest juz ze docieramy do nowego miejsca o poznej/wczesnej porze co nie sprzyja zakwaterowaniu. Ludzie w Peru sa jednak przygotowani na takich gosci jak my i wyczekuja swych ofiar w holach terminali z przygotowanymi ulotkami i gotowym do drogi kierowca. W takich przypadkach nie ma sie zbyt duzego wyboru. Zmeczenie i brak checi do poszukiwania hostelu o 3-5 nad ranem sprawiaja, ze oferta z dworca zawsze brzmi dobrze. Tym razem brzmiala bardzo dobrze. Po paru godzinach odpoczynkui dokladnemu porzyjrzeniu sie gdzie jestemy odjelismy tylko 7 gwizdek z poczatkowo przyznanych 10(skala 1-5). Cuzco ladne bardzo jest i urokliwe, i duze, i turystow tez duzo. Sklepow duzo, ludzi duzo i duzo biur turystycznych oferujacych dziesiatki roznych opcji odwiedzenia najwiekszej z atrakcji Peru, jednego z siedmiu nowych cudow swiata - Machu Picchu! Takze i dla nas byl to punkt docelowy. A dotrzec do tego miejsca mozna na kilka sposobow ciekawych i mniej ciekawych, ale wszystkie bez wzgledu na atrakcyjnosc sa kosztowne. Najatrakcyjniejsza z opcji to tzw. Inca Trail. Trasa samych Inkow, ktorzy mimo swego niewysokiego wzrostu lubowali sie w schodach o niestandardowo wysokich stopniach. Ta opcja odpadala od samego poczatku - trzeba rezerwowac 2 miesiace wczesniej na co niestety nie moglismy sobie pozwolic ze wzgledu na to, ze nie wiedzielismy kiedy dokladnie do Cuzco dotrzemy. W wyborze opcji pomogl nam pewien charyzmatyczny czlowiek, ktory posiadal biuro turystyczne. Posiadal biuro turystyczne, ale samego biura nie posiadal. Jednak jak zaznaczylem byl bardzo charyzmatyczny i przekonal nas do wyboru wlasnie jego opcji. Salcantay 5D4N - czyli piec dni i cztery noce z finiszem w wymarzonym Macchu Picchu. Jako, ze odwiedzilismy tez kilka drozszych agencji dowiedzielismy sie o alternatywnych trasach do tych co mniej atrakcyjnych podczas wyprawy, ktora nas czekala. Jedynym pytaniem byly checi pozostalych uczestnikow i przewodnikow. Cuzco lezy w dolinie. Otoczone jest, jak nie trudno sie domyslic, wzgorzami pokrytymi eukaliptusami, na ktorych porozrzucane sa ruiny, swiecace krzyze i statua Jesusa. Posrod tych wlasnie atrakcji postanowilismy wybrac sie na konna przejazdzke z samego rana. Najpierw oczywiscie sniadanie na targu San Pedro, w ktorym konkurencja jest olbrzymia. Szczegolnie jezeli chodzi o swiezo wyciskane/miksowane soki owocowe i inne - nawet z ciemnym piwem - gdzie jedna obok drugiej stoiska ma kilkadziesiat pan otoczonych murem owocow gotowych poswiecic swe zycie dla kubkow smakowych odwiedzajacych. Kasia zostala stala klientka. Odwiedzajac stoiska przy kazdej mozliwej okazji probujac nowych kombinacji owocowych. Poza sokami, sniadaniami, obiadami, glowami koz czy baranow mozna bylo tam tez kupic cukierki z koka i rzeczy, ktore na targu sa zazwyczaj. Nie polecamy tylko kupowac goracej czekolady do sniadania zamiast kawy. W niczym czekolady to nie przypomina i wypic nie potrafilismy. Kilka kilometrow za, a wlasciwie nad miastem czekalo na nas stado gotowych do drogi konikow roznej masci i wielkosci. Nic w tym dziwnego nie bylo poza Pania, ktora nasza wycieczke prowadzila. Razem z nasza dwojka bylo jeszcze osiem innych osob w roznym wieku. Na oko od 5 do 60 lat, kazdy na swoim koniku. Jedyna osoba bez konika byla Pani prowadzaca. Miala za to przewiazana przez plecy coreczke :D, ktora na postojach zostawiala na kocyku miedzy konikami ganiajac inne koniki, ktore poczuwszy zew natury uganialy sie po polach za klaczami. My w tym czasie eksplorowalismy skaly mniej lub bardziej przez ludzi dostosowane do zycia lub obrzadkow religijnych. Kilka razy probowalem zmusic konika, ktorego imienia przypomniec sobie nie moge, do wyjscia poza szereg i pokazania, ze kiedys z konia spadlem ale potem wsiadlem znowu i wiem jak anglezowac. Nic z tego niestety nie wyszlo bo konik swoje miejsce w szeregu znal bardzo dobrze. Mila byla to przejazdzka ale bez wiekszych emocji. Dlatego emocji trzeba bylo poszukac gdzie indziej. Pierwsza okazja do tego byl obiad w drodze powrotnej. Spacerujac w dol do miasta z daleka zobaczylismy tablice z wypisanymi daniami, na ktorej duzymi, rozowymi literami pierwsze od gory bylo napisane "CUY". Smazona swinka morska jest popularnym daniem wsrod Peruwianczykow z przedmiesc i mozna znalezc ja w prawie kazdej restauracji. W tej, ktora odwiedzilismy podawana byla na elegancko. I to uratowalo calosc - przynajmniej dobrze wyglada na zdjeciu :) Zjadlem wszystko co bylo mozna zjesc a i tak bylo dla mnie za malo. Musialem ratowac sie makaronem Kasi zeby przezyc do nastepnego posilku, ktorym bylo piwo przy meczu Bayern - Borussia. Aaa i jeszcze jedna bardzo ciekawa rzecz z Cuzco: trafilismy na obchody Corpus Christi wiec wszedzie byly tance, hulance i bicie sie biczamipo pietach. Pod kosciolami tanczyli przebierancy w maskach z malymi wypchanymi lamami przytroczonymi do pasa. W nastepnym odcinku: Do Machu Picchu przez Salkantay!