sobota, 25 maja 2013

Puno - plywajace wyspy

Plywajace wyspy tak naprawde wcale nie plywaja. Indianie Aymara uciekajacy przed Inkami ukryli sie wlasnie na tych wyspach, i teraz zyje tam okolo 2000osob, jest szkola i lekarz i calkiem przyjemnie. Do gimnazjum innych takich rzeczy, codziennie wiosluja do Puno. Jest dosc pytko, bo tylko 16 m glebokosci. Ludzie na wyspach zyja gluwnie z wedkarstwa, polowania na ptaki, uprawy trzcin(czy czego podobnego) i turystyki.
W nocy dojedizemy do Cusco.











La Paz - Copacabana- Puno

Bolivie pozegnalismy w Copacabana. Tu mozna zjesc pyszna rybe z jednym z wielu kioskow. Trucha, czyli pstrag to odmiana egzotyczna, wprowadzona calkiem niedawno, hoduja je w takich malych siatkowych lowiskach. Wyspa slonca jest dosc niesanowita. Dobra panorama na cale jezioro Titicaca, poza tym duzo osiolkow i miejscowych uprawiajacych kukurycze na tarasach z kamieni.. ladne plaze z bialym piaskiem i czysta woda. Szkoda, ze troche zimno :) Tak cyz inaczej opalilismy sie na tyle, ze zaden panthenol nie pomoze. Poza dobra ryba i tanim noclegiem w Copacabana, latwo jest znalesc inne rozrywki. Kilkakrotkie proponowano nam zakup marihuany i innych uzywek :) Nastepnego dnia plywalismy po zatoce kaczka. Nastepnie udalismy sie na plywajace wyspy do Puno, ale to juz w Peru. 
























czwartek, 23 maja 2013

Coroico - Rurrenabaque / death road part 2



Naprawde podobalo mi sie w Coroico, to miasto ma genialne polozenie i klimat. Kolo godziny 13 ruszylismy do miejscowosci ponizej, Yalosita. Okazalo sie, ze w Yalosita nie ma praktycznie nic, poza kilkunastoma kioskami ze slodyczami i napojami. Przez Yalosite przejezdzaja autobusy zmierzajace z La Paz do Rurrenbaque. Wiedzielismy ze czeka nas dluga podrzo, okolo 18 godzin. Nie wiedzielismy natomiast, ze nikt nigdny nie wie o ktorej godzinie ten autobus przejedzie przez Yalosite. Czekalismy wiec okolo 4 godzin, obserwujac jedna ulice, psy, dzieci grajace w pilke i kobiety pracuje w swoich kioskach, gdzie jedynymi potencjalnymi kupcami sa osoby czekajace na autobus...
W koncu nadjechal! Zapàkowal nas bardzo szybko i ruszylismy. Na poczatku droga chociaz nieutwardzona wygladala ok.Jednak im wyzej wjezdzalismy tym droga stawala sie wezsza i wezsza.
Na domiar zlego, przez ostatnie 2 dni padalo dosc mocno, wiec bylo slisko i widac bylo swieze osuwiska ziemi i wyrwy w drodze. Osuwiska, o ktorych mowa to praktycznie lawiny blotne schodzaca z drogi w dol przepasci az do koryta rzeki plynacej na dnie, bardzo glebokiego kanionu. Droga biegnie po malej polce skalnej  i wije sie po zboczach okolicznych gor. Mijanie na zakretach, polegalo na tym, ze wyskakiwali dwaj pomocnicy kierowcy i kierowali nim, krzyczac, ze ma jeszcze duzo miejsca, kiedy kolo bylo na 20cm od przepasci. Zasada jest ta sama co na rowerach, kierowca jedzie blizej krawedzi przepasci, zeby lepiej widziec ile ma miejsca. Najgorsze bylo bujanie, autobus wyginal sie i przechylal nieraz bardzo mocno w strone przepasci. Porownujac to z gruzinska trasa do Mestii, To gruzinksa trasa to 100% bezpieczenstwa.
Kiedy udalo nam sie zjechac nizej i w koncu przestalam myslec o tym, jak to jest leciec w autobusie ponad 1000m w dol, i czy bedizemy sie krecic czy nie.. To wtedy zaczelo sie bloto. Trafilismy na korek, i zakopana do polowy w blocie betoniarke i inne samochody i ciezarowki. Nasz kierowca okzal sie niezlomny. Wspolnymi silami wielu kierowcow udalo sie usunac z drogi czesc aut i nasz pietrowy autobus dal rade przejechac :) Jesli ktos pomysli ze 18 godzin w autobusie to musi byc bardzo nudne, to nic bardziej mylnego.




Po pelnej wrazen drodze smierci, dotarlismy o wschodzie slonca do Rurrenabaque. Gdyby nie to, ze bardzo mi sie chcicalo siku, to na pewno calowalabym ziemie za to ze ze moge jeszcze po neij stapac. Urocze miasteczko w tropikalnej puszczy polozone przy rozlewisku rzek. Od razu udalismy sie do agencji w kotrej wykupilismy wycieczke na Pampas, czyli lodka po rzece w takiej nizszej dzungli. Po szybkim sniadaniu w pobliskiej francuskiej piekarni, pobieglam kupic jasne spodnie, bo sie przestraszylam komarow. Ubrana zupelnie na bialo, wsiadlam do jipa, ktorym mielismy dojechac do portu. Droga trwala tylko 3h, ale to wystarczylo zeby moje ubranie nabralo bardziej lokalno blotnistej barwy. Zapakowalismy sie na lodke, wraz z innymi uczestnikami wycieczki, w sumie 9 osob + przewodnik, i ruszylismy w Pampas.  Z lodnik mozna obserwowac przyrode, wiec widzielismy kajmany i aligatory wylegujace sie na brzegu, tukany latajace parami, papugi z zoltymi brzuchami, ichniejsze zurawie i nurkujace kaszki, kury i koguty dzikie z niebieskimi grzebieniami na glowie. No i to co lubie najbardziej czyli maply. Byly rozne male i duze, zolte, brazowe, pòmaranczore i czarne.Widzielismy tez rozowe delfiny rzeczne. Spalismy w domkach na palach, ktore nazywa sie lozami. Moskitiera chroni od insektow, ale wiekszosc moskitier byla dziurawa. Przy naszych domkach drzewnych, rezydowali Pepe i Pedro, czyli stary kajman i mlody aligator,ktorzy wdziecznie pozowali do zdjec.Krzyki adorujacych sie malp slychac bylo juz od 6 lub 7 rano, wiec pobudka byla gwarantowana. Generalnie noc w buszu jest bardzo glosna. Nastepnego dnia rano wyruszylismy na poszukiwanie anakondy. Niestety po okolo godzinie krazenia w wielkich kaloszach po trawiastym bagnie, znalexlismy tylko mala kobre. Bardzo ladna i mila w dotyku. Najlepsze w calej tej wycieczce byly hamaki, w ktorych moznabylo sie zdrzemnac przed i po obiedzie. Wieczorem lowilismy piranie. Mi udalo sie zlowic tylko jedna, ale Pawel zlowil chyba z 4. Chodzilo o to zeby nauczyc sie lowic jak indianie, wiec nie wedka, tylko kawalkiem zylki z haczykiem na koncu. Piranie sa bardzo sprytne i najpierw zjadaly nam cale mieso. Potem zorientowalismy sie, ze trzeba wyczuc moment kiedy gryza miesa i wtedy szybko wciagnac je na poklad lodki. W ten sposob zlapalismy duzo maych biednych piraniatek, ktore w nocy sluzyly za przynete do lowienia wiekszych ryb - takich jakby sumow.
O poranku mielismy plywac z delfinami. Poplynelismy w jedno miejsce, pan przewodnik zrobil ze 3 kola lodka, by odstraszyc aligatory i powiedzial, zeby skakac do wody i czekac az przyplynal delfiny. Kilka osob wskoczyli, nic ich nie zjadlo, ani piranie ani kajmany. Powiedzieli ze delfiny odstraszaja aligatory i kajmany i wtedy jest bezpiecznie. Problem polegal na tym ze delfiny nie plywaly z nami, ale nieco dalej. Woda ma kolor czerwony, ale temperatura byla idealna i bardzo milo bylo poplywac. Kiedy zobaczylam na horyzoncie aligatora, stwierdzilam, ze az tak nie ufam przewodnikom i wysoczylam z wody jak i pozostali uczestnicy kapieli.
Po powrocie z wycieczki, spedzilismy jeszcze jeden dzien w Rurrenabaque. To doskonale miesjce na dobra rybe. Udalo nam sie znalexc przepiekny, czysty hostel z widokiem na rzeke i hamakami. O 7 rano mielismy lot do La Paz. Zaspalismy na busa na lotnisko, wiec zlapalam nam taksowki. W Rurrenabaque nie ma normalnych taksowe, sa tylko takie motocylkowe. Panowie taksowkarze nie mieli najmniejszego problemu, zeby wziac mnie i moj plecak, oraz Pawla i jego plecam i pojechac po nieutwardzonej drodze pelnej dolow na lotnisko. To byla zdecydowanie najlepsza taksowka jak w zyciu jechalam :)
Samolot jakim lecielismy to model mieszczacy tylko 20 pasazerow. Wewnatrz jest dosc klaustrofobicznie i nieco trzesie, ale leci sie bardzo dobrze. Najlepsze sa widoki i to ze leci sie meidzy snieznymi wierzcholkami gor.












środa, 22 maja 2013

Cochabamba - La Paz - Coroico

Cochabamba! Brzmi zabawowo i tak tam jest. Turysci wybieraja sie do Cochabamby jesc, pic i imprezowac. My jako podroznicy pominelismy turystyczne atrakcje i zajelismy sie tradycyjnymi podrozniczymi odwiedzinami podrozniczych atrakcji. Najpierw jednak trzeba wspomniec, ze dotarlismy do Cochabamby o 4 przed ranem bez zarezerwowanego hostelu. Tuz po wyjsciu z autokaru dostalismy ostrzezenie od milej Pani, ktora podrozowala z nami autokarem aby nie wychodzic poza obszar dworca pod zadnym pozorem i brac tylko oznaczona taksowke. Pokrzepieni radami skorzystalismy z nich w 100% i juz niedlugo potem wyladowalismy w robotniczym hostelu gdzie moglismy dospac do rozsadnej godziny! Prawo przewodnika Lonely Planet, chociaz takiego prawa nie ma, mowi ze raz spotkani ludzie stana na Twojej drodze jeszcze nie raz! I tak szukajac sniadania znalezlismy naszych Francuzow z wyprawy na Salar de Uyuni. A razem z nimi w pakiecie za troche muszelek bylo bardzo dobre sniadanie. Nasi francuscy znajomi, Camilla, Julian i Aurelio korzystali ze wszystkich imprezowych urokow pierwszego na naszej drodze duego miasta - nie trzeba bylo nawet pytac, wystarczylo spojrzec na wesole niewyspane twarze i przedramiona pelne pieczotek z roznych miejsc:) W Cocha. odwiedzilimy Luisa, bardzo dobrego znajomego naszej Justyny vel Rumuneczki, ktory znalazl dla nas czas w przerwie obiadowej a pozniej zabral nas nawet do swojej ulubionej knajpki. Przekazal tez kilka kolejnych rad na zwiedzanie co ciekawszych miejsc: konkurencyjny dla Swiebodzina pomnik Cristo de la Concordia i targ La Concha (chyba tak to sie pisze). Jesus robi wrazenie i wygrywa z reszta pomnikow tego typu na swiecie polozeniem 2800 m n.p.m. Spod jego stop rozciaga sie widok na miasto zajmujace cala doline. Jezeli chodzi o wysokosc to niestety przegrywa z wieloma Buddami i Matka Rosja. Odnosnie La Conchy dostalismy ostrzezenie aby bardzo pilnowac swoich rzeczy i oposcic dzielnice, w ktorej znajduje sie targ przed zapadnieciem zmroku. Pilnowalismy sie i nam nic nie zginelo ale bylismy swiadkami dwoch akcji, ktore na szczecscie dla obiektow zainteresowanie zakonczyly sie niepowodzeniem. Targ jest olbrzymi i przypomina typ wschodni targow, tak wiec nie zaskoczyl nas az tak bardzo. Do kupienia wszystko od cwiartki swini po zlotego Rolexa w atrakcyjnej cenie:) jednak nie skorzystalismy. Z innych uciech Kuchawampa (aymara) nie skorzystalismy pedzac bladym switem dalej do La Paz! Druga stolica Boliwii na naszej drodze - La Paz, zdecydowanie wieksze miasto niz stolica konstytucyjna - Sucre i dzieje sie tez wiecej. Na dzien dobry blokady drog i musimy ratowac sie spacerem z najbrzydszego miasta na swiecie (wg. Luisa) El Alto w poszukiwaniu taksowki, ktora zwiezie nas do centrum La Paz. Samo miasto nie porywa uroda - brakuje mu kolonialnej architektury, ktora jednak jest ozdoba. Zdecydowanie wyroznia sie na tym tle szarosci kosciol San Francisco - szary, jednak zdobny. Na kazdym kroku mozna za to kupic odziez i sprzet turystyczny znanych marek po niewiarygodnie niskich cenach. Dominuja The North Face i Columbia :), ktore noszone sa przez dzieciaki i dziadki La Paz. Kasi najbardziej podobal sie Targ Czarownic, na ktorym mozna kupic przerozne magiczne gadzety i podarki dla bozkow. W oczy najbardziej rzucaja sie zasuszone plody lam! wiszace u wejscia do sklepiku kazdej szanujacej sie przekupki. Kolory i wielkosc rozmaite a przynosic maja szczescie w domostwie wmurowane jak kamien wegielny. Poza tak egzotycznymi dla nas talizmanami w setkach straganow mozna bylo nabyc tez przerozne wyroby z welny z alpac i koszulki z Che i z lamami. Kolejnym ulubionym miejscem Kasi zostal lokal Mongos gdzie mogla chociaz przez chwile nacieszyc sie kubanskimi rytmami na zywo i salsa! Chciala zostac cala moc ale niestety piwo bylo zbyt drogie :P Kolejny punkt to muzea i hit nad hitami Muzeum Folkloru i Antropologii gdzie przeszlismy przez historie plemion z terenu Boliwii. Super wystawa wyrobow ceramicznych z filmami prezentujacymi techniki to moj faworyt. Kasi najbardziej przypadla do gustu sala ciemna jak..siersc jej kota Bambusa wypelniona maskami roznych plemion. Od zwyklych drewnianych po fantazyjnie kolorowe wyobrazajace przerozne zwierzeta i bogow lub zwyklych ale niezwykle przedstawionych ludzi. Zaabsorbowani chlonieciemm historii i zwyczajow boliwijskich przegapilismy godzine $$$ kiedy zamykane sa banki a bankomaty wLa Paz niestety poskapily nam pieniazka. Na nastepny dzien zaplanowalismy wyprawe na Droge Smierci a pozneij Jungle Trip, ktore kosztuja a w porfelu ledwie na dwie kanapki i piwo. Reszte wieczoru spedzilismy szukajac miejsca gdzie mozna zaplacic magicznym plastikiem ... udalo sie ale nie bez przeszkod. W Ameryce Poludniowej lubia tylko karty z wypuklymi literkami, wiec przekonanie nawet do sprobowania z jakakolwiek inna karta graniczy z cudem. Rowery - zaklepane, miejsca w lodce - zaklepane, miejsca w samolocie z Rurrenabaque - zarezerwowane. Niepewni co stanie sie z nami nastepnego dnia podczas zjazdu po Drodze Smierci na rowerach udalismy sie w poszukiwania znajomych. Brak kontaktu telefonicznego uniemozliwil nam wypicie pozegnalnego drinka z Rorym i Erin, z ktorymi dzielilismy dole i niedole podrozy przez ok. tydzien. Droga Smierci cz. 1 - La Paz-Coroico (ok. 2700 metrow roznicy w wysokosci nad poziomem morza) Pobudka skoro swit, plecaki na plecy, pomaranczowe cos co na pewno zauwazyliscie juz na zdjeciach w dlon i do busika na droge smierci! Ponad godzinna droga do miejsca rozladunku z roznymi widokami no i oczywiscie z nieplanowanym spotkaniem nie kogo innego jak Julian i Aurelio. Oni tez postanowili sprawdzic sie na rowerowym szlaku, ktory ze wzgledu na bardzo zla renome doczekal sie asfaltowego zastepstwa po drugiej stronie doliny. Firma zaopatrzyla nas w niezbedniki: rower (Ironhorse, jako ze wybralismy opcje nie najdrozsza mial tylko przedni amortyzator), kask, ochraniacze na lokcie i kolana+piszczele, spodnie i kurtka. Przed startem na 60 km trase ostatnie pozegnalne zdjecie w pelnym rynsztunku, kilka obowiazkowych zdjec z lamami i w trase!! Teraz male wyjasnienie - komercyjna czesc drogi smierci sklada sie z dwoch czesci. Cz.1 to 20 km asfaltowych serpentyn, po ktorych odbywa sie normalny ruch a srednia predkosc to ok. 50 km/h. Cz.2 to prawdziwa droga smierci - kamienista droga pelna ostrych zakretow prowadzona sklanymi polkami. Z jednej strony sklana sciana z drugiej urwisko a ruch odbywa sie lewostronnie dla wygody kierowcow zeby mogli widziec ile centymetrow zostalo im miedzy kolami a kilkusetmetrowa przepascia :) Pierwsza czesc przebiega bez zadnych zaklocen wiec opisze ja schematem: zjezdzamy, zakrecamy, wyprzedzamy, nas wyprzedzaja, robia nam zdjecia, usmiechamy sie i jest fajnie, nawet bardzo fajnie poza tym ze zimno. Gdy docieramy do prawidlowej drogi (Cz.2) zaczyna mocno padac i widocznosc bardzo sie zmniejsza. Dlatego tez nie osiagamy zawrotnych predkosci a widoki w przepasc koncza sie kilkanascie metrow nizej chmurami - moze to i dobrze, ze nie widac ile metrow moglibysmy spadac w razie niefortunnego manewru :P Takze i tutaj posluze sie schematem: zjezdzamy raz szybciej raz wolniej, trzesie nami niemilosiernie, czasami wyprzedzamy innych rowerzystow, czasami mijamy pojazdy zmechanizowane, jednak nieliczne. Musze przyznac, ze Kasia mimo poczatkowych niepewnosci co do utrzymania tempa z 9cioosobowej grupy plasowala sie na pozycjach 3-5, ostatecznie dojezdzajac jako trzecia. Brawo!!! Chociaz nikt sie nie scigal to jednak grupa byla mocno rozciagnieta. Nie chwalac sie ja dojechalem jako nr 1 zaraz za naszym boliwijskim czampionem przewodnikiem :) wiec on sie nie liczy. Poczatkowa zdiwienie cena tej jednodniowej wyprawy minelo po dotarciu do mety. Bilans stanu osobowego: 9/9 osob dojechalo, nikt nie odniosl powaznych obrazen. Bilans sprzetu: jedna urwana korba, jedna oberwana przerzutka tylna, jeden zerwany lancuch. Droga smierci? Dla rowerow - TAK. Po dojechaniu przyszedl czas na uzupelnienie energi i relaks w pensjonacie z basenem prowadzonym przez Wegrow. Uciekli od zgielku Budapesztu do odludnej Yolosy. Mozna i tak :) No i wreszczie przyszedl czas na Coroico. Piknie polozone z cudownym widokiem na doline z wijaca sie po zboczu droga. Zielonosc, zielonosc i jeszcze raz zielonosc, ktorej do tej pory w Boliwii jeszcze nie doswiadczylismy. Mimo deszczowej pogody to jak dla mnie najurokliwe z odwiedzonych miejsc. Jak sie okazalo deszcz przyszedl razem z nami bo nie padalo tam juz od dwoch miesiecy. Trudno, moze dalej w dzungli bedziemy mieli wiecej szczescia do pogody. Szkoda tylko tych wszystkich basenow, z ktorych nie skorzystalismy. Sprobowalismy za to czerwonych bananow, ciagle nie smakuja tak jak te ktore lubi najbardziej Cejrowski. Kasia nacieszyla oczy mieszkancami Coroico, ktorzy w duzej czesci wywodza sie od afrykaskich niewolnikow, ktorzy nie wytrzymujac pracy w kopalniach zostali uwolnieni i osiedlili sie wlasnie w tym sielskim miejscu. Do tego miejsca na pewno warto wrocic. Polecam zjazd droga smierci i samo Coroico dla spokoju i relaksu!