W Iguazu byly katarakty i Pani szefowa lokalu. W Corrientes byla przesiadka, spacer, kawa i .. i to tyle.
Troche wiecej czasu, bo az caly dzien, spedzilismy w Resistencii. Miasto, w ktrym nie udalo nam sie dostrzec innych podrozojacych. Byl za to mily host, ktory przygarnal nas na caly dzien i oprowadzil po co ciekawszych miejscach miasta i opowiedzial kilka historii. Najciekawszy ze wszystkich byl pies imieniem Fernando, ktory mieszkal przy pierwszym miejscu spotkan bohemy artystycznej Resistencii dzialajacej do dzis. Co prawda wycieli wielkie drzewo na patio, ale i tak robi wrazenie zgromadzonymi tam eksponatami z dziejow swiata i artystow tegoz miasta. Mozna znalezc praktycznie wszystko: sedes w basenie, bron, mnostwo zdjec. W tym tez zdjecia wspomnianego Fernando, na ktorego pogrzeb przyszlo cale miasto, a ktory zostal pochowany przed kawiarnia.
Podstrawowy srodek transportu to skutery przystosowane do przewozu dzieci(zawsze miedzy nogami prowadzacej osoby - najczesciej matki). Mielismy tez okazje doswiadczyc oberwania chmury i zobaczyc duzy deszcz. Taki zamieniajacy ulice w rzeki. Dowiedzielismy sie tez ze w galeriach nie mozna pic mate, na szczescie my nie mielismy takiego problemu bo nie mamy zestawu. Zestaw termos, tykwa, bombilla to cos co kazdy w Argentynie ma caly czas przy sobie.
Z Resistencia wyjechalismy luksusowym autokarem, typu "cama", wiec moglismy sie wyspac przez 14h. W tych autokarach podaja cieple posilki, wyswietlaja filmy i w ogole jest lepiej niz w samolocie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz