środa, 3 lipca 2013

Do Machu Picchu przez Salcantay !

Dzień pierwszy : Cusco - Mollepata - Sayllpata - Soraypampa
 
O 4 rano obudził nas chłopiec z recepcji mówiąc, że Pan przewodnik już na nas czeka. Pan przewodnik, który w niczym nie przypominał Pana przewodnika z dnia poprzedniego powiedział, ze za 15 minut mamy być na placu pod kościołem skąd ruszamy. Trochę zaskoczeni, że coś się dzieje wcześniej niż później zebraliśmy nasze rzeczy i część zostawiliśmy w przechowalni w hostelu. Mijając mocno zmęczonych i zataczajczych  ludzi po obchodach Corpus Christi dotarliśmy na wskazane miejsce zbiórki. Czekało tam już kilka osób, wiec zaczęliśmy standardowe zapoznawanie. Okazało się, że każdy zapisał się na tą wycieczkę przez innego pośrednika, ale zapłaciliśmy mniej więcej tyle samo. Ekipa była przednia, więc Paweł bardzo się ucieszył. Co najważniejsze nie było fancuzów :) 

Po jakichś 30 minutach czekania pojawił się autobus.Nasza grupa miała liczyć około 10 osób, a w autobusie było co najmniej 30, więc byliśmy trochę zdezorientowani. Na szczęście okazało się, że jest 2 przewodników. Niestety trafiliśmy do grupy, której nie widzieliśmy wcześniej i Paweł już zaczął mówić, że nigdzie z nimi nie idzie. Nasz przewodnik narodowości Quechua, Leo przedstawił siei kazał każdemu z nas uczynić to samo. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że mamy w grupie 2 Polaków z Angli, 2 Polaków z Norwegii, parę "bezrobotnych i bezdomnych" kanadyjczyków podróżujących po świecie, Angielkę, Californijczyka, Brazylijczyka, Columbijke i Peruwiańczyka z New York. Dowiedzieliśmy sie również, że od tej pory stanowimy Super Hikers Family i musimy iść razem do końca :) 

Pierwszy dzień był ciężki, gorąco, komary, meszki, większość trasy wzdłuż pylistej drogi i bardzo strome skróty. W sumie około 9 godzin marszu aż do pierwszego obozu Soraypampa, na wysokości 3900m npm. Kiedy dotarliśmy na miejsce, u podnóża śnieżnych wierzchołków gór, czekał już na nas rozbity obóz, rozstawione namioty i gorąca mate de coca. 

Po zdjęciu butów okazało się, że jeden z moich palców strasznie spuchł i prawie dwukrotnie zwiększył swoją objetość do tego jest purpurowy. Poszłam do Leo i poprosiłam o jakieś magiczne zioła, coby zeszła opuchlizna. Okazało się, że to wrastający paznokieć i Leo z pełnym przekonaniem zadecydował, że musimy go wyciąć. Tak wiec, po kolacji, przy świetle czołówki, z nożyczkami kolegi Belga i wodą utlenioną innego turysty wykonany został zabieg chirurgiczny wycinania paznokcia. Zakończony sukcesem! Leo - przewodnik, nauczyciel, przyjaciel, ojciec, lekarz :) 

Tej nocy spałam jak zabita.


Dzień drugi: Soraypampa - Salkantay Pass - Chaullay

To był najtrudniejszy dzień, najbardziej wymagający kondycyjnie. Wyszliśmy o poranku, koło 5 rano w kierunku  przełęczy Salkantay. Około 12 osiągnęliśmy najwyższy punkt naszej wyprawy 4600m npm. Widoki były oszałamiające, pogoda przepiękna, oślepiający śnieżny Salkantay (6271m npm) i po drugiej stronie  Humantay (5917m) po prostu bajka. Obie góry uznawane są za święte i nikt z miejcowych się na nie nie wspina. Wszystkie zagraniczne ekspedycje zakończyły się klęską i zginęło tam wielu wspinaczy. Salkantay w języku Quechua, oznacza "niezdobyty". Od tego momentu zaczęliśmy schodzić w dół, po dużych kamieniach, małych kamieniach, po błocie. Niesamowite w tej trasie jest to, że z wysokich gór, schodzi się w ciągu kilku godzin do tropikalnej dżungli, gdzie nagle jest gorąco, zielono i wilgotno i dużo wodospadów. Obóz drugi w małej wiosce o nazwie Chaullay miał nawet prysznic. Relaks po dniu drugim był bardzo przyjemny, piwo, kolacja, chłopaki grali nawet w piłkę.. W końcu nie ma to jak pokopać piłkę po 10 godzinach marszu :)

Dzień 3:  Chaullay - Collpapampa - La Playa

Ten dzień był niezwykle przyjemny, trasa po zboczach gór, jednak nie tak stroma jak dnia poprzedniego, wśród tropikalnej roślinności, upraw kawy, koki, bananów. Leo opowiedział mi miliard historii o swojej rodzinie i zwyczajach Quechua. Ciekawe jest, że Leo zna osoby żyjące w górach, które mają po 120 -130 lat i ciągle są silne. Mówi, ze to dlatego, że nie jedzą mleka ani żadnych przetworzonych produktów i leczą się jak indianie naturalnymi sposobami i co najważniejsze żyją w zgodzie z naturą, bez pośpiechu. Leo wspominał tez o bogactwie językowym w Peru, gdzie przez konkwistą funkcjonowało kilkaset języków, a obecnie znanych jest kilkadziesiąt. W szkołach uczy się Quechua, Aymara i Guarani. Są to języki mówione, więc teraz starają się zapisywać, żeby przetrwały dłużej. Leo podkreślał, że kolonialiści przywieźli pismo i konie, ale to co najlepsze w Peru wywodzi się z czasów preinkaskich i to jest prawdziwe bogactwo tego kraju.
Ten dzień zakończył się bardzo przyjemnie kąpielą w gorących źródłach Santa Teresa. Są to dwa bardzo duże baseny, położone między skałami, gdzie woda jest naprawdę gorąca. Bardzo przyjemnie. Po tej bardzo przyjemnej kąpieli, rozpaliliśmy ognisko, DJ włączył dyskotekowe światełko i latynoską muzyczkę. Wszyscy zaczęli tańczyć w tumanach kurzu i cała kąpiel poszła na marne :P

Dzień 4:  La Playa - Llactapata / Zip lining/ Hidroelectric - Aguas Calientes
 
Poprzedniego dnia co niektórzy zostali zachęceni do skorzystania o poranku ze zjadów linowych, najdłuższego w Ameryce Południowej.Ze względu na liczne pęcherze na stopach, zdecydowałam, że tego dnia chętnie polatam, podczas gdy Paweł dzielnie kontynuował trekking. Paweł wstał o 5 rano i wraz ze swoimi niemieckimi kolegami i parą ForeverYoung kanadyjczyków ruszyli na Llctapata. Na szczycie wzniesienia są inkaskie ruiny, z tego punktu można tez podziwiać Machu Picchu. Niemniej jednak poza widokami, jest to przede wszystkim bardzo cięzka wspinaczka, gdzie najpierw 1000m w góręm następnie w dół po bardzo stronej ścieżce biegnącej dzikim zygzakiem. Do tego jest bardo gorąco, dużo słońca i tropików.  Paweł dodatkowo był troche zmęczony po wieczornej integracji, więc był bardzo dzielny :)

Ja w tym czasie bawiłam się na zjazdach linowych. Polecam :D http://www.colcaziplining.com/videos-en.php

Obie grupy spotkały się na obiedzie w Hidroelectrica skąd ruszyliśmy wzdłuż torów do Aguas Calientes. Trasa przy torach jest nieco nudna, ale generalnie nie ma na co narzekać.  W Aguas Calientes spaliśmy już nie w namiotach a w hotelu, do tego z łazienką. Wieczorem zjedliśmy elegancką kolację i szykowaliśmy się na dzień ostatni, czyli Machu Picchu.

Dzień 5 : Aguas Calientes - Machu Picchu - Cusco

Wstaliśmy o 4 rano, o 4:15 byliśmy na zbiórce. O 5 rano byliśmy już przy bramie wejściowej na szlak do miasta inków. Od 5 do 6 rano, po ciemku wchodziliśmy po inkaskich schodach. Masakryczny pomysł mieli ci Inkowie z tymi schodami. Po godzinie weszliśmy pod bramę wejściową numer 2. To jest punkt, w którym należy zmienić mokrą koszulkę na suchą i zjeść śniadanie. O 6 rozpoczęliśmy razem z naszym przewodnikiem zwiedzanie, poopowiadali nam trochę o tym, ze nikt nie wie dlaczego Inkowie opuscili to miasto i kiedy dokładnie. Jedyne co wiadomo, to że było to bardzo ważne miejsce, kompleks pałacowy dla elity. Pierwsze spojrzenie na ruiny nie zrobiło na mnie wrazenia. Jednak jak słońce zaczęło już wschodzić i przebijać się przez otaczające góry, z minuty na minutę miasto Inków zaczęło mnie zachwycać. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie most Inków, ukryty po drugiej stronie wzgórza, i sam widok na ruiny miasta z góry Machu Picchu, która wznosi się na 1000m ponad ruinami. Wydawać by się mogło niemożliwe, a jednak. Po 4 dniach chodzenia po górach, z maksymalnie po obcieranymi i odciskanymi stopami, poszliśmy jeszcze te 1000 m po schodkach inkaskich w górę, z 2430m na 3500m npm. i dzięki temu mogliśmy podziwiać niesamowitą panoramę. Na górze nie było już tak gorąco, i spotkaliśmy naszych kolegów z grupy, wiec siedzieliśmy tam jakiś czas razem delektując się tym momentem. 

Zrobiliśmy jeszcze ostatnie zdjęcie z serii sexi lama i baby condor, i tym sposobem zakończyliśmy naszą przygodę z Salkantay trek i Super Hiker Family. To było bardzo dobrych 5 dni z naszego życia :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz