środa, 22 maja 2013

Cochabamba - La Paz - Coroico

Cochabamba! Brzmi zabawowo i tak tam jest. Turysci wybieraja sie do Cochabamby jesc, pic i imprezowac. My jako podroznicy pominelismy turystyczne atrakcje i zajelismy sie tradycyjnymi podrozniczymi odwiedzinami podrozniczych atrakcji. Najpierw jednak trzeba wspomniec, ze dotarlismy do Cochabamby o 4 przed ranem bez zarezerwowanego hostelu. Tuz po wyjsciu z autokaru dostalismy ostrzezenie od milej Pani, ktora podrozowala z nami autokarem aby nie wychodzic poza obszar dworca pod zadnym pozorem i brac tylko oznaczona taksowke. Pokrzepieni radami skorzystalismy z nich w 100% i juz niedlugo potem wyladowalismy w robotniczym hostelu gdzie moglismy dospac do rozsadnej godziny! Prawo przewodnika Lonely Planet, chociaz takiego prawa nie ma, mowi ze raz spotkani ludzie stana na Twojej drodze jeszcze nie raz! I tak szukajac sniadania znalezlismy naszych Francuzow z wyprawy na Salar de Uyuni. A razem z nimi w pakiecie za troche muszelek bylo bardzo dobre sniadanie. Nasi francuscy znajomi, Camilla, Julian i Aurelio korzystali ze wszystkich imprezowych urokow pierwszego na naszej drodze duego miasta - nie trzeba bylo nawet pytac, wystarczylo spojrzec na wesole niewyspane twarze i przedramiona pelne pieczotek z roznych miejsc:) W Cocha. odwiedzilimy Luisa, bardzo dobrego znajomego naszej Justyny vel Rumuneczki, ktory znalazl dla nas czas w przerwie obiadowej a pozniej zabral nas nawet do swojej ulubionej knajpki. Przekazal tez kilka kolejnych rad na zwiedzanie co ciekawszych miejsc: konkurencyjny dla Swiebodzina pomnik Cristo de la Concordia i targ La Concha (chyba tak to sie pisze). Jesus robi wrazenie i wygrywa z reszta pomnikow tego typu na swiecie polozeniem 2800 m n.p.m. Spod jego stop rozciaga sie widok na miasto zajmujace cala doline. Jezeli chodzi o wysokosc to niestety przegrywa z wieloma Buddami i Matka Rosja. Odnosnie La Conchy dostalismy ostrzezenie aby bardzo pilnowac swoich rzeczy i oposcic dzielnice, w ktorej znajduje sie targ przed zapadnieciem zmroku. Pilnowalismy sie i nam nic nie zginelo ale bylismy swiadkami dwoch akcji, ktore na szczecscie dla obiektow zainteresowanie zakonczyly sie niepowodzeniem. Targ jest olbrzymi i przypomina typ wschodni targow, tak wiec nie zaskoczyl nas az tak bardzo. Do kupienia wszystko od cwiartki swini po zlotego Rolexa w atrakcyjnej cenie:) jednak nie skorzystalismy. Z innych uciech Kuchawampa (aymara) nie skorzystalismy pedzac bladym switem dalej do La Paz! Druga stolica Boliwii na naszej drodze - La Paz, zdecydowanie wieksze miasto niz stolica konstytucyjna - Sucre i dzieje sie tez wiecej. Na dzien dobry blokady drog i musimy ratowac sie spacerem z najbrzydszego miasta na swiecie (wg. Luisa) El Alto w poszukiwaniu taksowki, ktora zwiezie nas do centrum La Paz. Samo miasto nie porywa uroda - brakuje mu kolonialnej architektury, ktora jednak jest ozdoba. Zdecydowanie wyroznia sie na tym tle szarosci kosciol San Francisco - szary, jednak zdobny. Na kazdym kroku mozna za to kupic odziez i sprzet turystyczny znanych marek po niewiarygodnie niskich cenach. Dominuja The North Face i Columbia :), ktore noszone sa przez dzieciaki i dziadki La Paz. Kasi najbardziej podobal sie Targ Czarownic, na ktorym mozna kupic przerozne magiczne gadzety i podarki dla bozkow. W oczy najbardziej rzucaja sie zasuszone plody lam! wiszace u wejscia do sklepiku kazdej szanujacej sie przekupki. Kolory i wielkosc rozmaite a przynosic maja szczescie w domostwie wmurowane jak kamien wegielny. Poza tak egzotycznymi dla nas talizmanami w setkach straganow mozna bylo nabyc tez przerozne wyroby z welny z alpac i koszulki z Che i z lamami. Kolejnym ulubionym miejscem Kasi zostal lokal Mongos gdzie mogla chociaz przez chwile nacieszyc sie kubanskimi rytmami na zywo i salsa! Chciala zostac cala moc ale niestety piwo bylo zbyt drogie :P Kolejny punkt to muzea i hit nad hitami Muzeum Folkloru i Antropologii gdzie przeszlismy przez historie plemion z terenu Boliwii. Super wystawa wyrobow ceramicznych z filmami prezentujacymi techniki to moj faworyt. Kasi najbardziej przypadla do gustu sala ciemna jak..siersc jej kota Bambusa wypelniona maskami roznych plemion. Od zwyklych drewnianych po fantazyjnie kolorowe wyobrazajace przerozne zwierzeta i bogow lub zwyklych ale niezwykle przedstawionych ludzi. Zaabsorbowani chlonieciemm historii i zwyczajow boliwijskich przegapilismy godzine $$$ kiedy zamykane sa banki a bankomaty wLa Paz niestety poskapily nam pieniazka. Na nastepny dzien zaplanowalismy wyprawe na Droge Smierci a pozneij Jungle Trip, ktore kosztuja a w porfelu ledwie na dwie kanapki i piwo. Reszte wieczoru spedzilismy szukajac miejsca gdzie mozna zaplacic magicznym plastikiem ... udalo sie ale nie bez przeszkod. W Ameryce Poludniowej lubia tylko karty z wypuklymi literkami, wiec przekonanie nawet do sprobowania z jakakolwiek inna karta graniczy z cudem. Rowery - zaklepane, miejsca w lodce - zaklepane, miejsca w samolocie z Rurrenabaque - zarezerwowane. Niepewni co stanie sie z nami nastepnego dnia podczas zjazdu po Drodze Smierci na rowerach udalismy sie w poszukiwania znajomych. Brak kontaktu telefonicznego uniemozliwil nam wypicie pozegnalnego drinka z Rorym i Erin, z ktorymi dzielilismy dole i niedole podrozy przez ok. tydzien. Droga Smierci cz. 1 - La Paz-Coroico (ok. 2700 metrow roznicy w wysokosci nad poziomem morza) Pobudka skoro swit, plecaki na plecy, pomaranczowe cos co na pewno zauwazyliscie juz na zdjeciach w dlon i do busika na droge smierci! Ponad godzinna droga do miejsca rozladunku z roznymi widokami no i oczywiscie z nieplanowanym spotkaniem nie kogo innego jak Julian i Aurelio. Oni tez postanowili sprawdzic sie na rowerowym szlaku, ktory ze wzgledu na bardzo zla renome doczekal sie asfaltowego zastepstwa po drugiej stronie doliny. Firma zaopatrzyla nas w niezbedniki: rower (Ironhorse, jako ze wybralismy opcje nie najdrozsza mial tylko przedni amortyzator), kask, ochraniacze na lokcie i kolana+piszczele, spodnie i kurtka. Przed startem na 60 km trase ostatnie pozegnalne zdjecie w pelnym rynsztunku, kilka obowiazkowych zdjec z lamami i w trase!! Teraz male wyjasnienie - komercyjna czesc drogi smierci sklada sie z dwoch czesci. Cz.1 to 20 km asfaltowych serpentyn, po ktorych odbywa sie normalny ruch a srednia predkosc to ok. 50 km/h. Cz.2 to prawdziwa droga smierci - kamienista droga pelna ostrych zakretow prowadzona sklanymi polkami. Z jednej strony sklana sciana z drugiej urwisko a ruch odbywa sie lewostronnie dla wygody kierowcow zeby mogli widziec ile centymetrow zostalo im miedzy kolami a kilkusetmetrowa przepascia :) Pierwsza czesc przebiega bez zadnych zaklocen wiec opisze ja schematem: zjezdzamy, zakrecamy, wyprzedzamy, nas wyprzedzaja, robia nam zdjecia, usmiechamy sie i jest fajnie, nawet bardzo fajnie poza tym ze zimno. Gdy docieramy do prawidlowej drogi (Cz.2) zaczyna mocno padac i widocznosc bardzo sie zmniejsza. Dlatego tez nie osiagamy zawrotnych predkosci a widoki w przepasc koncza sie kilkanascie metrow nizej chmurami - moze to i dobrze, ze nie widac ile metrow moglibysmy spadac w razie niefortunnego manewru :P Takze i tutaj posluze sie schematem: zjezdzamy raz szybciej raz wolniej, trzesie nami niemilosiernie, czasami wyprzedzamy innych rowerzystow, czasami mijamy pojazdy zmechanizowane, jednak nieliczne. Musze przyznac, ze Kasia mimo poczatkowych niepewnosci co do utrzymania tempa z 9cioosobowej grupy plasowala sie na pozycjach 3-5, ostatecznie dojezdzajac jako trzecia. Brawo!!! Chociaz nikt sie nie scigal to jednak grupa byla mocno rozciagnieta. Nie chwalac sie ja dojechalem jako nr 1 zaraz za naszym boliwijskim czampionem przewodnikiem :) wiec on sie nie liczy. Poczatkowa zdiwienie cena tej jednodniowej wyprawy minelo po dotarciu do mety. Bilans stanu osobowego: 9/9 osob dojechalo, nikt nie odniosl powaznych obrazen. Bilans sprzetu: jedna urwana korba, jedna oberwana przerzutka tylna, jeden zerwany lancuch. Droga smierci? Dla rowerow - TAK. Po dojechaniu przyszedl czas na uzupelnienie energi i relaks w pensjonacie z basenem prowadzonym przez Wegrow. Uciekli od zgielku Budapesztu do odludnej Yolosy. Mozna i tak :) No i wreszczie przyszedl czas na Coroico. Piknie polozone z cudownym widokiem na doline z wijaca sie po zboczu droga. Zielonosc, zielonosc i jeszcze raz zielonosc, ktorej do tej pory w Boliwii jeszcze nie doswiadczylismy. Mimo deszczowej pogody to jak dla mnie najurokliwe z odwiedzonych miejsc. Jak sie okazalo deszcz przyszedl razem z nami bo nie padalo tam juz od dwoch miesiecy. Trudno, moze dalej w dzungli bedziemy mieli wiecej szczescia do pogody. Szkoda tylko tych wszystkich basenow, z ktorych nie skorzystalismy. Sprobowalismy za to czerwonych bananow, ciagle nie smakuja tak jak te ktore lubi najbardziej Cejrowski. Kasia nacieszyla oczy mieszkancami Coroico, ktorzy w duzej czesci wywodza sie od afrykaskich niewolnikow, ktorzy nie wytrzymujac pracy w kopalniach zostali uwolnieni i osiedlili sie wlasnie w tym sielskim miejscu. Do tego miejsca na pewno warto wrocic. Polecam zjazd droga smierci i samo Coroico dla spokoju i relaksu!














1 komentarz:

  1. Kochani!
    Dzięki za niesamowite relacje, samo czytanie przyprawia o dreszczyk emocji ,więc wyobrażam sobie Waszą adrenalinę. Życzę dalszych miłych wrażeń i słonecznej pogody, bądźcie ostrożni w tej dżungli i czekam na następne relacje .Powodzenia!
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń